Ostatnio zadzwoniła do mnie ciocia – nagle i niespodziewanie. Opowiedziała mi o swoich cierpieniach i chorobach. Zazwyczaj dzwoniła do mnie tylko z okazji imienin i świąt. Ta rozmowa stała się dla mnie (o dziwo) ukojeniem osamotnionego w tamtej chwili serca. Miło, gdy ktoś zadzwoni bez konkretnego powodu. Poczułam się trochę tak, jakby owa ciocia przykleiła plaster na skaleczenie lub nasmarowała maścią jakieś otarcie…

Osamotnienie bardzo boli – ale cóż można poradzić na to, że czegoś/kogoś nie ma? Nie ma, to nie ma. I rwanie włosów z głowy nic tu nie da. Może trzeba zadowalać się obecnością innych w sklepie, na przystanku albo w poczekalni przed gabinetem lekarza? To tam zdarzają mi się najczęściej bardzo szczere i bliskie chwilowe relacje – takie małe dawki przyjaźni, które nie pozwalają zwariować w nasilającym się czasem poczuciu osamotnienia.

Pewien starszy, zupełnie samotny człowiek zaspokaja swoją potrzebę towarzystwa jeżdżąc codziennie tramwajami po mieście i w ten sposób przebywając wśród ludzi. Jemu – jak sam to stwierdził – pomaga samo bycie w obecności innych – patrzenie na nich, słuchanie ich przez kilka godzin.

Zastanawia mnie czy samotność sama w sobie może stać się spoiwem łączącym ludzi? No bo jeśli brak przyjaciół jest rodzajem kalectwa – niewidocznego z zewnątrz ale jednak kalectwem takim samym jak ślepota czy bycie na wózku inwalidzkim – to czy nie mogłoby ono stać się pretekstem do łączenia ludzi równie mocno jak wspólna pasja czy taka sama choroba?

Cały problem w tym, że w miejscach takich jak np. domy kultury, nie ma zajęć dla osób osamotnionych (sprawdziłam). Ciekawa jestem swoją drogą ile spośród ludzi uczestniczących w różnych zajęciach w domach kultury, przychodzi tam tylko z powodu osamotnienia a nie dlatego, że coś ich pasjonuje?

Czy człowiek jest aż tak bardzo niezdolny do zawierania bliskich relacji, że potrzebne mu są szkoły, miejsca pracy albo sale szpitalne, żeby takie bliskie relacje nawiązywać? A i tak często po skończeniu szkoły, odejściu z pracy albo wyjściu ze szpitala kontakty urywają się i pozostają tylko wspomnieniem.

Czy 100 lat temu ludzie również byli tak mocno osamotnieni jak obecnie? Czy ilość abortowanych dzieci, liczona obecnie w milionach, nie jest bezpośrednią przyczyną powszechnie panującego osamotnienia? Może ludzie nie mają przyjaciół, bo ci, z którymi mogliby się zaprzyjaźnić zostali uśmierceni zanim się urodzili…

To przecież najzupełniej logiczne, że jeśli usunie się z układanki puzzli 500 kawałków z tysiąca, to prawie nic się nie da ułożyć i pozostałe elementy nie będą pasowały do siebie. Podobnie jest z nami – społeczeństwa mordują połowę samych siebie, a potem cierpią z powodu osamotnienia. Ci, którzy żyją, nie pasują do siebie nawzajem tj. elementy wybrakowanej układanki puzzli.

Myślę, że jest nas – ludzi – zbyt mało. I dlatego czasu mamy też za mało. Gdyby nas było więcej, mielibyśmy wystarczająco dużo czasu dla siebie nawzajem.

Dobrze, że choć czasem czyjś delikatny dotyk, uśmiech lub krótkie zdanie w przelotnym spotkaniu na ulicy, potrafią tak mocno pocieszyć.. To z pewnością możemy dawać sobie nawzajem spotykając się w sklepach, autobusach, poczekalniach u lekarzy czy w windach…